Nazwa wyspy Zanzibar pochodzi od słów: „Zanj” – ziemia czarnych ludzi oraz „Bar” – wybrzeże i jako miejsce jest nierozerwalnie związane z handlem niewolnikami. Jeśli pewnego dnia przybijesz do portu w mieście o tej samej nazwie co wyspa, to zrobiwszy parę kroków, znajdziesz się mimochodem w jego najstarszej części zwanej Stone Town (Kamienne Miasto). Moja przygoda z tym miejscem zaczyna się 17 października w poczekalni biura sprzedającego bilety na prom, w Dar Es Salaam. A dokładniej zaczyna się od dwóch tycich kaw i miodowo-orzechowych ciastek kupionych od przechodniego handlarza przez pracownika biura, który do czasu mojej odprawy z zaangażowaniem dotrzymywał mi towarzystwa, a ja wynagradzałam mu to opowieściami z mojej ostatniej podróży nad Jezioro Niasa.

Zanzibar jest również nazywany Wyspą Zapachów za sprawą licznych plantacji przypraw. Zanim wyjechałam z Dar otrzymałam wiele wskazówek co warto zwiedzić i dokąd warto pójść. Wzięłam ze sobą przewodnik. Muszę się jednak przyznać, że od kilku już lat nie lubię zwiedzać miejsc z podręcznikiem w ręku. Być może powiesz, że dużo tracę, ja jednak myślę, że dzięki temu mam przestrzeń i czas, aby poobserwować mieszkańców i ich zwyczaje, pooddychać tym nowym, pełnym historii i wspomnień miejscem oraz choć na chwilę, przycupnąwszy na schodach jednej z kamienic stać się w jakiś sposób jego częścią.

W Kamiennym Mieście nocowałam w 200 letniej kamienicy na ostatnim piętrze bardzo przestronnego i prywatnego mieszkania. W moim pokoju były małe podwójne okna z drewnianymi okiennicami, które wychodziły na dwie strony świata, a widok z nich rozpościerał się na całą południowo-zachodnią część miasta. Był to widok na morze budynków pokrytych przeważnie falującymi i błyszczącymi w jaskrawym słońcu blaszanymi dachami oraz wieże kościoła i meczetu. Gdy jednak przeszłam do salonu mogłam nacieszyć oko Indyjskim Oceanem możliwości. Być może i Ty odkryjesz te widoki.

Czasem po całym dniu spacerów leżałam na łóżku z baldachimem a w uszach słyszałam głosy stolicy. Jej zabieganych ludzi pędzących w różnych kierunkach i znikających w labiryntach kamiennych uliczek, śmiech dzieci z pobliskiej szkoły, modlitwy z meczetu, ruch samochodów i motorów, dzwonki rowerów, rozmowy licznych straganiarzy z klientami. Im bliżej zachodu słońca, tym kakofonia dźwięków i zapachów gęstniała. Miasto budziło się do życia i dudniło swym rytmem do późnych godzin nocnych.

W ciągu dnia wszystko płynęło leniwie. Upał skutecznie unieruchamiał, tak bujne wieczorami miasto i przepędzał z ulic jego mieszkańców. Jedynie turyści krzątali się wokół głównych atrakcji i ulegali pokusie bogatej oferty sklepów z pamiątkami. Ja natomiast w tych dniach wolałam iść za głosem intuicji. Chodzić swoimi ścieżkami i gubić, to znowu odnajdywać kierunki, drogi i znaczenia. Zaglądać w różne miejsca i spontanicznie robić zdjęcia. Chodź, odkryj to miejsce i Ty! /