Mieszkając w Dar Es Salaam, od lipca do października, z tygodnia na tydzień doświadczałam temperatury wyższej i nieznośnie wyższej niż ta, do której byłam przyzwyczajona. Co tydzień wyższej, jeszcze przed chwilą 25 stopni Celsjusza za tydzień już 26 i w pewnym momencie budzę się w rzeczywistości o wiele za gorącej, abym mogła czuć się w niej wygodnie i komfortowo. Jeśli mam sobie wziąć jakąś lekcję do serca to niech będzie taka: powyżej lipcowych 25 stopni nie mówiąc o wrześniowych 30 i październikowych 35 czuję się naprawdę źle. Czuję, że z każdym miliskokiem w górę na amplitudzie termometru ja o ten milimetr przegrywam. Przegrywam z upałem powoli i niepostrzeżenie, ale skutecznie. Dzień za dniem przegrywam z nawarstwiającym się zmęczeniem, brakiem snu, brakiem powietrza. Brakiem perspektywy na szybką zmianę, na dzień deszczu, na cumulusy tak grube i tak gęste, że żaden najjaśniejszy promyk słońca nie jest w stanie się przez nie przebić. Na chłodny powiew nocnego wiatru, który bez trudu mógłby się wkraść przez pokryte wyłącznie siatką okna mojego pokoju i ukoić mnie do snu. To się jednak nie wydarzyło. Tak się stać nie mogło. Nie mogło i już. Nie to miejsce. Nie ta pora roku. Za to mogliśmy spakować swoje walizki i ruszyć w drogę. Tak też zrobiliśmy. Ja, Lena i Chris.
Zatem w sobotni poranek, na początku września wsiedliśmy do autobusu z klimatyzacją i po 6 godzinach jazdy dotarliśmy do Tangi, miasta położonego nad Oceanem Indyjskim. Tam spędziliśmy czas w towarzystwie przesympatycznej, 23 letniej nauczycielki, u której nie tylko mogliśmy przenocować, ale następnego dnia wspólnie z nią wybrać się na wycieczkę do Panganii – miasteczka historycznie związanego z handlem niewolnikami i plantacjami. Aby się tam dostać, wstaliśmy około 5 rano, co nie było trudne, zważywszy na poranne nawoływania modlitewne z położonego niedaleko meczetu. Poszliśmy razem trochę jednak śpiący na lokalny autobus i w tych dosyć znośnych warunkach małego autobusiku podmiejskiego, podskakując na wybojach i w rytm muzyki dojechaliśmy w sam raz na śniadanie do Panganii. Zaraz po śniadaniu umówiliśmy się na zwiedzanie miasteczka z przewodnikiem. Hot-hot okazał się niezwykle ciekawym i radosnym człowiekiem, który pracując przez kilkanaście lat w branży hotelarskiej primo zyskał swój przydomek secundo przeprowadził się do Dar i zaczął rozwijać jako przewodnik wycieczek, tertio przeniósł się do Panganii, gdzie obecnie świadczy swoje usługi. Po blisko 4 godzinach historycznego spaceru, swoją podróż zakończyliśmy na plaży w miejscu, w którym przepływająca przez miasto rzeka łączyła się z oceanem. Tam oddaliśmy się bezkarnie odpoczynkowi aż do późnego popołudnia, gdy wróciliśmy do domu. Kolejnego dnia czekała nas dalsza wielogodzinna podróż do Lushoto. To czego z początku nie rozumiałam, to jak z tych blisko położonych od siebie miejsc, robią się wielogodzinne podróże. Nie rozumiałam tego do czasu aż odkryłam fakt, że Tanzania jest trzy razy większa niż Polska i to co wydaje się na mapie tuż obok w rzeczywistości w najlepszym przypadku oddalone jest o 45 km tak jak Panganii od Tangii, w najgorszym zaś scenariuszu o setki. Lushoto było całe 153 km drogi dalej czyli jakieś 4-5 godzin jazdy autobusem. Arusha, nasz kolejny przystanek, kolejne 360 km i około 7-8 godzin drogi. Właściwie to w Tanzanii w pewnym momencie wszystko co wiązało się z podróżą przeliczaliśmy na czas. Ile do centrum? O tej porze to 1,5 godziny, ile gdzieś tam 6-7 godzin jazdy i tak dalej. Było to bardziej praktyczne. Zabawa polegała na tym, aby być w nowym miejscu tuż przed zmrokiem.
Więc kiedy myślę Lushoto to dla mnie przede wszystkim miejsce wytchnienia, niczym Lothlórien dla zmęczonej podróżą drużyny pierścienia z powieści Tolkiena. Było magicznym światem, który odkryliśmy na naszej drodze i choć nie spotkaliśmy tam elfów, to błogość, wszelkie wygody i beztroska towarzyszyły nam nieustannie podczas naszego pobytu. Kiedy myślę Lushoto to w mgnieniu oka zalewa mnie ciepło kominka w jadalni ośrodka Irente. Domek z ową jadalnią zbudowany został na skarpie. Skarpie, która otwierała się na przestrzeń pasm gór Usambara i leżącego u ich stóp miasteczka. To pierwszy ciepły prysznic od czasu przyjazdu do Tanzanii, to wyjątkowo smaczne jedzenie i dżemy z domowej spiżarni. To zapach rosy o poranku i rześki powiew powietrza. To przyjemny chłód wieczoru i zmarznięte ręce w nocy. To moja przestrzeń komfortu. To stan relaksu, stan który chciałoby się, aby trwał dłużej, który chciałoby się zabrać albo wręcz może w nim pozostać. Zapomnieć o reszcie świata, o kolejnych punktach podróży, o powrocie do ciągle zabieganego i dusznego Dar Es Salaam. Zapomnieć i oddać się temu wszystkiemu co tak frywolnie oferował usambaryjski szlak.
Spędziliśmy tam w sumie trzy przepiękne dni. Dni pełne wycieczek i nowych horyzontów. Pierwszego dnia zdecydowaliśmy się na wędrówkę przez wioski i dżunglę. Następnego odwiedziliśmy lokalną farmę kawy oraz tradycyjną uzdrowicielkę. Ostatniego dnia wyszliśmy o świcie na punkt widokowy Irente, z którego rozpościerał się widok na Step Masajski i małe miasteczko Mazinde położone 1000 metrów poniżej. Tam na poziomie chmur a także ponad nimi mogliśmy doświadczyć potęgi przyrody. Oddalone o wiele kilometrów masywy wyrastające z powierzchni ziemi niczym drzewa powalały swym dostojeństwem i niewzruszoną postawą wobec nas ludzi. Niewidocznych, małych i szybko przemijających. Cisi obserwatorzy naszego świata, niezainteresowani jego bieżącymi problemami. Potem ruszyliśmy w dalszą drogę. Dziś Ty także możesz poznać to miejsce. Eksploruj powoli. Poznawaj nowych bohaterów i ciesz się każdym nowym odkryciem. Być może po chwili również doświadczysz tego magicznego i niezwykle ulotnego momentu pełnego połączeń i ciepła. Otwórz się na tą historię! /