Ta historia zaczyna się kilkaset kilometrów wcześniej w Panganii, a może nawet lata wcześniej, kiedy jako mała dziewczynka, na początku lat 90-tych, siedziałam w domu rodzinnym mojej chrzestnej i oglądałam pierwsze filmy przyrodnicze o Afryce, emitowane – wtedy jeszcze bez tłumaczenia – przez National Geographic. Jak się nad tym zastanowić nigdy nie możemy być pewni, kiedy po raz pierwszy dana idea zostaje nam zaszczepiona, kiedy staje się naszą fantazją czy marzeniem. Pewne jest natomiast to, że kiedy nadchodzi moment jej realizacji, zazwyczaj jesteśmy jakoś tak bezsprzecznie przekonani, że od początku do końca to nasza niezależna i w pełni dobrowolna decyzja i pomysł.

Tak więc od czasu opuszczenia Dar zastanawiałam się, czy owiany przez wielu podróżników euforią doświadczania wyjazd na safari stanie się także moim doświadczeniem, czy dojdzie do skutku i czy ja naprawdę chcę się na to zdecydować. Ostatecznie zgodziłam się ze sobą, że na safaryjską wycieczkę pojadę tylko raz i tak też się stało.

Właściwie od tygodnia trwała moja pierwsza podróż po obcym kontynencie, podróż w każdym tego słowa znaczeniu. Dla mnie pełna odkryć i fascynacji. Mierzenia się z własnymi możliwościami, przekonaniami. Niekiedy smutna i zaskakująca z powodu własnej ograniczonej percepcji czy to przez sterty stereotypów poukładanych skrzętnie latami jeden na drugim w meandrach mojej podświadomości czy tak zwyczajnie poprzez jedyny znany mi i kształtowany przez 30 lat kontekst Europy i Polski. Kontekst, którym przesiąkałam do szpiku kości, wchłaniałam, często całkiem bezwiednie i bez namysłu, przez skórę niczym powietrze. Bo czy można powstrzymać się przed czymś tak naturalnym jak oddychanie tym powietrzem niosącym w sobie atomy tożsamości, tradycji, kultury i naszej cywilizacji?

Sama podróż była planowana codziennie, niemal spontanicznie i codziennie przynosiła coś nowego. Zaczęła się od wyjazdu do Tangii, następnym przystankiem i odkryciem były niesamowite góry Usambara, a zakończyła się w Arushy. Arusha – miasto destynacja tysięcy turystów z całego świata, miasto przepustka do wyjścia na Kilimanjaro, miasto wyjazdu w kierunku safaryjskiego eldorado. Będąc jeszcze w Lushoto pomyślałam sobie, że jedyne miejsce jakim jestem zainteresowana to Krater Ngorongoro. Dziś nie wiem co mnie tak mocno zainspirowało, że wybrałam właśnie ten kierunek, z pominięciem innych turystycznie atrakcyjnych możliwości. Może to ta magia wystygłego wulkanu przyciągnęła mnie tak mocno, że o innych opcjach nawet nie chciałam słyszeć. Być może coś innego, niemniej pomyślałam sobie, że albo to albo nic.

Nie trwało długo, jak po naszym zakwaterowaniu w hostelu w Arushy przyszedł do nas operator biura z propozycją wyjazdu nie gdzie indziej niż na Krater Ngorongoro. Przeznaczenie czy nie, decyzja została podjęta. Dodam tylko, że kiedy przyjmowano nas na nocleg w Arushy zwyczajowo wypełnialiśmy rejestr gości. To co dla mnie szczególnie było ciekawe to ta pozycja w tabelce pt.: plemię, w której czasem widniały nazwy różnych plemion tanzańskich np. Pare albo Mchagga a nad nimi i pod nimi liczne pola z kreską, w wierszach zajmowanych przeważnie przez gości z Europy, Stanów Zjednoczonych. Przez moment kusiło mnie, aby wpisać tam Wielkopolanka jednakże ostatecznie tak jak inni, z nutą nostalgii postawiłam krótki poziomy znaczek.

Następnego dnia wczesnym popołudniem ruszyłam w drogę, ku przygodzie. Kiedy opuściliśmy miasto, po raz pierwszy poczułam jakiś trudny do opisania lecz bardzo obecny zew wolności. Była to moja pierwsza samotna podróż. Właśnie minął tydzień od wyjazdu naszej trójki z Daru i muszę przyznać, że samotne podróże mają tą przewagę nad innymi, że wszystkie decyzje stały się teraz moją decyzją, moją wolnością wyboru. Było to niesamowicie odświeżające i odprężające, pomimo że nieustannie pojawiały się w mojej głowie naturalne pytania o moje bezpieczeństwo i przyszłość. Jeszcze tego samego dnia dotarliśmy na miejsce noclegowe. To zaskakujące jak czasem układają się losy ludzkie. Jako, że byłam jedną z pierwszych turystek miałam dużo czasu, aby się rozejrzeć i zaprzyjaźnić z pracownikami ośrodka. Spotkałam m.in. mężczyznę, który zajmował się wytwarzaniem rzeźb oraz prowadził mały sklepik z pamiątkami obok biura kierownika obiektu. Właściwie zaraz na początku rozmowy wyszło, że ma on żonę z plemienia Wachagga. Wachagga to plemię, które należy do jednej z trzech największych grup etnicznych Tanzanii, których rodzinne strony to rejony góry Kilimanjaro i Meru oraz miasta Moshi. Wszystkie kobiety z tego plemienia jakie poznałam to niezwykle charyzmatyczne i silne osobowości. W Dar Es Salaam mieszkałam z dwiema takimi kobietami, a z wieloma spotykałam się co tydzień podczas spotkań TanCraftu. Mając takie zaplecze możesz sobie tylko wyobrazić dalszą część naszego przemiłego spotkania. Mogę również śmiało powiedzieć, że był to pierwszy czas od początku mojego pobytu w Tanzanii tak bogaty w śmiech do rozpuku, żarty, poczucie jedności poprzez wspólną historię i pole wymiany, w którym razem byliśmy.
Następnego dnia, jeszcze na wiele godzin przed świtem, czas było wyruszyć w dalszą cześć wyprawy. Czas było doświadczyć wszystkich odcieni safari i ferii atrakcji jakie miał do zaoferowania obszar chroniony Ngorongoro. Wiele z tych momentów uchwyciłam i teraz chcę się nimi z Tobą podzielić. Teraz przyszedł czas na Ciebie i Twoje odkrycia. Sama jestem ciekawa dokąd doprowadzi Cię ta podróż.