To był już 10 tydzień mojego pobytu w Tanzanii, który w większości spędziłam w Dar Es Salaam uczestnicząc w spotkaniach TanCraftu i przygotowując warsztaty dla liderów i członków organizacji. Był to też czas, kiedy moja tandem partnerka wraz ze swoich chłopakiem postanowiła spędzić romantyczny tydzień na Zanzibarze. Cóż więcej mi pozostawało jak zaplanowanie własnej samotnej podróży w kierunku dokładnie odwrotnym. Wyznaczyłam więc cel podróży, spisałam punkty przystankowe, kupiłam bilet na autobus i tak po 15 godzinach jazdy znalazłam się w Mbeyi, moim pierwszym punkcie podróżniczej destynacji.
Mbeya okazała się przecudownym miastem rozkładającym się na zboczach gór. Pierwszego dnia rankiem zeszłam do lokalnej restauracji śniadaniowej na najlepsze dwa kawałki chapati (placek wykonany z mąki) jakie kiedykolwiek jadłam w Tanzanii. Po tak sytym śniadaniu byłam gotowa na spontaniczny spacer po mieście. Zaskakujący był ten moment zderzenia wszystkich moich niepewności i wyobrażeń ze spokojnym życiem miasta i jego mieszkańców. Kobiety i mężczyźni stojący na przystankach w oczekiwaniu na autobusy, inni śpieszący się do pracy, dzieci w mundurkach obładowane tornistrami podążające do szkoły i lokalni sklepikarze otwierający bramy sklepowe, wystawiający rozmaite towary na zewnątrz i szykujący się na nowy dzień targowy. Do moich nozdrzy co chwila wpadały zapachy i aromaty z licznych lokali śniadaniowych oraz budek ulicznych sprzedawców podsmażających świeżo pocięte w paski ziemniaki oraz kawałki kurczaka lub układający, wykonane wczesnym rankiem, słone ciastka z warzywami lub mięsem i te całkiem już słodkie, w tym moje ulubione ryżowe.
Podczas spaceru odwiedziłam wiele miejsc, nawet tak nieoczekiwanych jak anglikański kościół czy chińską restaurację, gdzie zostałam zaproszona na obiad przez napotkaną grupkę chińczyków. Właśnie mieli oni wolny dzień i kręcili się ochoczo po mieście. Spotkaliśmy się już rano na jednej z ulic a następnie na lokalnym targowisku, gdzie kupowali głównie kilogramy jabłek. Ja krążyłam pomiędzy stolikami obładowanymi warzywami i owocami oraz przedmiotami codziennego użytku sama zastanawiając się na co mam ochotę. Od słowa do słowa spontanicznie zaproponowali mi wspólne zjedzenie posiłku, na który się właśnie udawali. Po niezbyt długim namyśle, zgodziłam się dość ochoczo. W końcu po paru godzinach wędrowania marzył mi się jakiś dobry posiłek. W trakcie jak czekaliśmy na obiad zagraliśmy w zgadywankę. Nie obyło się bez licznych zdjęć. Mam wrażenie, że w pewien sposób stanowiliśmy dla siebie nawzajem atrakcję dnia. No cóż, obiad minął szybko, tak jak i cały dzień, a także następny i czas było ruszać w dalszą drogę.
Podróż do Matemy była jednym z tych doświadczeń, których wcześniej nie byłam sobie w stanie wyobrazić. Wszystko miało być takie proste – jeden autobus i klika godzin jazdy – taką informację otrzymałam w lokalnym punkcie patrolu policyjnego, do którego poszłam z prośbą pomocy przy wyborze dobrego lokalnego autobusu zmierzającego na dworzec autobusowy. Po trzech autobusach, trzech Vanach, tonach kurzu, blisko 7 godzinach jazdy w 37 stopniach, totalnie pomięta i zmęczona dotarłam na miejsce.
Powiem Ci, że wystarczyło jedno spojrzenie na jezioro Niasa. Nic więcej. Zakochałam się w tym miejscu bezgranicznie. Wszystkie trudy utonęły w spokojnej toni jeziora. Jeśli świat miałby swój koniec to byłby właśnie tam. Pod wieczór przeszłam się po plaży, gdzie lokalna ludność zaczęła się właśnie schodzić. Mężczyźni układali sieci, kobiety robiły pranie, nastolatkowie kręcili się w małych grupkach a dzieci, bezgranicznie szczęśliwe bawiły się w jeziorze, pod bacznym okiem swoich matek. To był moment jedności. Perfekcyjna harmonia. Mogłam ją zobaczyć, poczuć i jej doświadczyć.
Dziś chcę, abyś Ty także tego doświadczył. Zapraszam Cię do wspólnego odkrywania wioski Matemy, wspólnego pływania po jeziorze Niasa oraz spoglądania na góry Livingstone. Być może odkryjesz także malutką wioskę Ikombe. Bądź otwarty! /