Do Jambiani pojechałam za namową pewnego niemieckiego podróżnika, który po tygodniu spędzonym na tanzańskim lądzie, postanowił spróbować zanzibarskiego życia i skorzystać z całej oferty możliwości, jaką niewątpliwie ma ono do zaoferowania. Dla mnie wyspiarski raj miał spełniać dwa kryteria. Podróż tam powinna być dosyć krótka, bowiem w ten sam dzień planowałam jeszcze powrót do Stone Town oraz powinna być to miejscowość lub wioska możliwie najdalej ulokowana od miejsc masowej turystyki. Po przeanalizowaniu kilku opcji wybór padł na Jambiani. Prawdę mówiąc, miał być to mój ostatni dzień na Zanzibarze. Po paru dniach spędzonych w mieście czas było wypocząć i nacieszyć oko tak zachwalanymi i cenionymi przez turystów z całego świata plażami.
Wczesnym rankiem wraz z właścicielką kamienicy, u której wynajmowałam pokój, udałyśmy się na przystanek, gdzie pomogła mi ona wybrać właściwą linię autobusową. Po blisko trzydziestu minutach jazdy, przesiadłam się do kolejnego wehikułu. Z tym również nie było problemu, ładujący pakunki kierowcy szybko skierowali mnie do odpowiedniego przewoźnika. Tym sposobem rozpoczęłam swoją właściwą podróż. Podróżowanie lokalnym transportem ma dwie przewagi. Po pierwsze jest to najtańszy sposób przemieszczania się. Po drugie można pobyć trochę z miejscowymi ludźmi i tak spontanicznie, poprzez sytuację, w której się właśnie znaleźliśmy, przyłączyć się na chwilę do nich czy nawet porozmawiać.
Kiedy dotarłam na miejsce była już godzina dziewiąta może nawet dziesiąta więc pierwszą rzeczą, na którą miałam ochotę to przyzwoite śniadanie. Okazało się, że o to śniadanie w wiosce jest niezwykle trudno. Ostatecznie trafiłam do malutkiego lokalu gdzie serwowano ciapati (placek z mąki, przypominający trochę naszego naleśnika), zupę rybną oraz słodki czaj. Nie pozostawało mi nic innego jak skorzystać z oferty lokalu i zjeść dwie porcje naleśników posypanych cukrem oraz wypić gorący napój. W tym samym lokalu kończyli właśnie swój posiłek kierowcy autobusu, z którymi jechałam, i z którymi umówiłam się, żeby zadzwonili do mnie jak będą wracać do Stone Town popołudniową porą. Zresztą ich obecność umocniła mnie w przekonaniu, że pomimo niezbyt zachęcającego wnętrza lokalu, miejsce jest godne zaufania. Właściwie to parę chwil wcześniej zaczepiało mnie dwóch pracowników pobliskich hoteli i zapraszało ochoczo na europejskie śniadanie w równie nieprzyzwoicie europejskiej cenie. Kiedy więc pojawiłam się w tym bardzo lokalnym miejscu, ja biała kobieta, stanowiłam swego rodzaju atrakcję. A kiedy zaczęłam się trochę porozumiewać w swahili, stałam się naprawdę pozytywnie podejrzana. Niemniej śniadanie skończyło się szybko, a ja udałam się na krótki spacer po tej z pozoru dość pustej i jakby zapomnianej wiosce. Tym sposobem w końcu dotarłam na plażę.
Plażę niemalże równie pustą. Z pojedynczymi parami turystów, spotykanymi od czasu do czasu, chodzącymi wzdłuż wybrzeża oceanu. Trwał właśnie ostatni tydzień kampanii wyborczej w Tanzanii. Wiele biur podróży oraz ambasady różnych krajów stanowczo odradzały przyjazd w tym terminie na wyspy. Poskutkowało to ogromnymi, negatywnymi konsekwencjami dla całego przemysłu turystycznego i dobrze tłumaczyło tak niewielką liczbę osób na plaży. Za to, jak się po chwili okazało, plażę całkiem zagospodarowaną przez bawiące się liczne lokalne grupki dzieci i młodzieży.
Kiedy tak spacerowałam natknęłam się na parę Włochów z północnej części tego kraju, którzy właśnie świętowali swoje niedawne zaślubiny. Przyłączyłam się do nich i resztę dnia spędziliśmy już razem. Mówiąc razem mam na myśli ja, oni oraz lokalna młodzież i dzieci.
Około 11 przyszedł do nas chłopak oferując świeże kokosy prosto z drzewa. Właściwie chłopak zbierał zamówienia, po czym szedł zrywać i przygotowywać je dla zainteresowanych turystów. Zamówiłam jednego i tak jak obiecał dokładnie o czasie przyszedł do mnie z dużym kokosem. Otworzył go przy mnie a ja ochoczo podzieliłam się nim z nowożeńcami, którzy dość nieufnie spoglądali na tego typu usługi, a którzy pożałowali z pierwszym łykiem orzeźwiającej wody kokosowej i kęsem miękkiego miąższu.
Gdzieś pomiędzy kąpielami a opalaniem i zabawami w piasku pojawiła się na plaży grupa Masajów z pamiątkami dla turystów. Wyglądali zjawiskowo! Odziani w tradycyjne szaty i krótkie spodenki, ze smartphonem i modnymi okularami przeciwsłonecznymi na nosie, byli dla mnie totalnym miksem tego co nowoczesne i tradycyjne. Wielu z nich mówiło nie tylko piękną angielszczyzną, ale także, ku zaskoczeniu moich nowych europejskich przyjaciół, po włosku. Co jest bardziej niesamowite, nauczyli się oni tego języka wprost od turystów. Włosi byli dosyć liczną grupą przybywającą i prowadzącą duże biznesy turystyczne na Zanzibarze. Kiedy sama zastanawiałam się gdzie jechać m.in. polecano mi całe miejscowości, które zostały opanowane właśnie przez włoskich inwestorów.
W popołudniowych godzinach udałam się na umowny przystanek. Był on na głównej ulicy, zaraz obok sklepu, który śmiało mogłabym nazwać wielobranżowym. Jeszcze raz pospacerowałam po wiosce, która o tej późniejszej już godzinie, zaczynała budzić się do życia. Kobiety robiły zakupy. Dzieci biegały wokół nich lub również czekały w kolejce za czymś w rodzaju szpinaku, który często gościł na tanzańskich talerzach w porze obiadowej. Przypomniało mi to moje dzieciństwo, gdzie życie zamykało się w paru ulicach mojego osiedla i kończyło na lokalnym spożywczaku. Pamiętam też, że czasem, jako taki dzieciak dostawałam od mamy parę gorszy i sama jechałam do sklepu po masło, olejek waniliowy lub inne podstawowe produkty, które w ferworze porannych zakupów nie zostały nabyte przez moją mamę, a która w drugiej części sobotniego dnia przepadała w kuchni na przygotowywaniu posiłków dla nas, robieniu wypieków lub sprzątaniu naszego domu.
Kiedy wróciłam z Jambiani miałam wrażenie oddzielenia. Ten świat wioski i drogich hoteli w lini brzegowej tworzyły swoistą schizofrenię, dwa bieguny. Jednakże z czasem zdałam sobie sprawę, że to iluzja. Dla lokalnej młodzieży i dzieci biegających pomiędzy główną ulicą wioski a plażą wszystko to było jednością. Stanowiło całość. Było ich domem. One tam należały. Tylko my turyści, od czasu do czasu, pojawialiśmy się ulotnie w tej przestrzeni by za parę dni z niej zniknąć. /