Była głęboka noc kiedy wylądowałam w Dar Es Salaam. Formalności na lotnisku poszły sprawnie choć niepewność towarzyszyła mi na każdym kroku. Być może wiązało się to z brakiem doświadczenia w międzykontynentalnych podróżach, być może to naturalne, gdy ktoś zabiera Twój paszport nie mówiąc za dużo. Na lotnisku czekali na mnie Patrick i Lena. Po szybkim przywitaniu ruszyliśmy w podróż bajaji, trójkołową motorówką, bardziej zaawansowaną technologicznie kuzynką rikszy. Jeszcze zanim do niej wsialiśmy ktoś z ochrony lotniska dał nam przestrogę, abyśmy na siebie uważali. Najpierw jechaliśmy szybko głównymi arteriami uśpionego miasta, później zjechaliśmy w nieutwardzoną drogę. Zakręt, za zakrętem, podskakiwaliśmy w trójkę na wybojach i dziurach. Po pewnym czasie stanęliśmy przy blaszanej bramie. Uliczka była sowicie spętana grubym łańcuchem, z zatrzaśniętą kłódką gdzieś pomiędzy. Patrick zawołał Masaja, psy zaczęły szczekać intensywnie. Stróż zwinnie otworzył wrota a my weszliśmy do środka. Byliśmy na miejscu, w dzielnicy Daru zwanej Ubungo. Tu zaczyna się moja historia.
Mieszkaliśmy w domu rodzinnym Mremów z plemienia Mchagga. W budynku obok mieszkała także 23 letnia Jessica, studentka logistyki oraz gospodyni domowa Limiką, która pod nieobecność właścicieli zarządzała całą posiadłością i pilnowała interesów. Dom był dość przestronny z kuchnią, jadalnią, łazienką, sporym salonem i trzema sypialniami. Mógł mieć około 120 m.kw.. Na tym samym podwórku, bardziej z tyłu, pobudowany został cztero kondygnacyjny hotel. Pomyślany pod kątem najmu długoterminowego dla doktorantów pobliskiego uniwersytetu. Wieczorami przychodził do nas Paulo, który pilnował w nocy posiadłości a w dzień prowadził całkiem popularny zakład fryzjerski.
Pierwsze tygodnie mijały szybko. Wszystko było nowe, choć nie wiem czy ekscytujące. Bardziej powiedziałabym, że uderzające. Dyferencyjne w stosunku do tego co znałam. Zresztą ja sama, poprzez swoją obecność, tą dysharmonię wprowadzałam. Napewno na swój sposób było to ciekawe, inne a przede wszystkim nieznane. Weźmy na przykład długość dnia, która zawsze oscylowała w zakresie dwunastu godzin. Słońce wstawało szybko i tak samo szybko znikało za horyzontem. Życie toczyło się w nieustannych kontrastach ferii kolorów, światła i cienia. Oceany pasteli, w których pławimy się niemal przez cały rok w Polsce, w tej przestrzeni właściwie nie istniały. Kąt padania światła powodował, że kolory zdawały się wyjaskrawione, podbite, niekiedy wręcz rażące. Coś w rodzaju zmierzchu miało miejsce w okolicach godziny siedemnastej. Jednakże nawet wtedy słońce było dosyć wysoko na niebie. Nasze południe wypadało o czternastej. Może nie byłoby to wszystko aż takie dziwne, gdyby nie trwało przez kolejne trzy miesiące mojego pobytu.
Życie 4,5 milionowej metropolii to życie niezwykle dynamiczne. Na dłuższą metę także obłędnie męczące. Jest to też takie życie, które rokrocznie, skutecznie wabi tysiące Tanzańczyków, zdecydowanych opuścić swoje rodzinne strony, by następnie przekroczywszy bramy Daru, zmierzyć się ze swoimi marzeniami o dostanim życiu w stolicy, lepszej perspektywie i niesłychanych możliwościach, które miała ponoć do zaoferowania. W ten sposób Dar był mieszkanką ludzi z całego kraju oraz jako prężny ośrodek naukowy, handlowy i biznesowy równie intensywnie odwiedzany przez ludzi z zagranicy.
Ścisłe centrum miasta rozpościerało się wzdłuż lini brzegowej Oceanu Indyjskiego. W dzielnicy Posta świeciło blaskiem szklanych biurowców, pustoszejących w godzinach nocnych. W jego innej części regularnymi ulicami z dosyć ciasną i wysoką na 4-5 pięter zabudową u stóp, której, od wczesnych godzin rannych, zakwitał handel uliczny niczym kwiaty o poranku. Codziennie niewyobrażalne tłumy ludzi, próbowały się przedostać do tej części metropolii, z jej najdalszych zakątków, z litanią najróżniejszych sprawach do załatwienia. Był tam także ogród botaniczny, który obok Instytutu Badmintona, wspominam zdaje się najlepiej.
W Dar pracowałam dla Stowarzyszenia TanCraft (Tanzanian Handicraft Association), które zrzeszało kobiety zajmujące się szeroko rozumianym rękodziełem. Mówiąc to mam na myśli na przykład produkcję herbat smakowych albo przepięknie barwionych tkanin. Co piątek spotykaliśmy się w Dar Free Market, gdzie pod koniec naszego pobytu, otworzony został pierwszy sklep stowarzyszenia. Z czasem zaproponowałam liderkom organizacji warsztaty, na których wspólnie zastanawiałyśmy się nad przyszłością stowarzyszenia, układałyśmy jego strukturę oraz pracowałyśmy nad jego zasobami. W ciągu tygodnia, prowadziłyśmy z Leną warsztaty graficzne oraz zajęcia z wykorzystania smartphona na potrzeby biznesu. Dzięki temu, byłyśmy czasem zapraszane na obiad do domu którejś z kobiet, gdzie mogłyśmy się zaprzyjaźnić, często zobaczyć biuro lub mały zakład przydomowy a także spotkać rodzinę. Przez ten czas poznałam wiele niesamowitych kobiet, których krótkie historie być może dzisiaj odkryjesz. Ich otwartość sprawiła, że szybko nawiązałyśmy dobre relacje nastawione na wspólną naukę i wymianę doświadczeń.
Właściwie to jak myślę o pobycie w Dar Es Salaam to wyraźnie mogę podzielić ten czas na trzy etapy. Pierwszy bardzo nieświadomy okres to brodzenie w meandrach nowych miejsc, sytuacji, języka i kultury. Następny zaczyna się wraz z pierwszą tygodniową podróżą po Tanzanii przez Tangę, Lushoto i Arushę. Dzięki niej złapałam szerszą perspektywę i zmierzyłam się na swój sposób ze sobą i wszystkimi przekonaniami jakie wtedy w sobie nosiłam. Choć sam moment powrotu do Dar był dla mnie punktem krytycznym to jednak potrzebnym do odmienienia dalszego losu tego pobytu. Potem minął kolejny miesiąc pracy, po którym spakowałam swój plecak i pojechałam w samotną podroż do Mbey i Matemy. Ten dość brawurowy akt był swoistym procesem oczyszczania i uwalniania. Gdy wróciłam do stolicy życie nagle zaczęło płynąć łagodniej, lekko i na swój sposób przyjemnie. Był to czas odnajdywania lub budowania na nowo moich stref komfortu, miejsc relaksu i oddechu. Po dwóch kolejnych tygodniach wyjechałam na Zanzibar i tam wszystko było już inne. Nie tylko sama podróż z całą jej nieprzewidywalną charakterystyką ale przede wszystkim inna byłam już ja. Otwarta na to co przynosi mi świat. Mniej wartościująca, więcej akceptująca.
Kiedy dziś wracam do tych momentów to wiem, że na stałe wpisały się w krajobraz mojego życia. Zmieniły go i pokolorowały odcieniami, o których istnieniu nawet nie miałam pojęcia. Zbliżyły do prawdy nie o świecie lecz o sobie. Dlatego nie daj się zwieść tej opowieści i odkrywaj ten świat niezależnie i odważnie. Niech moja historia będzie tylko moją. A każde zdjęcie czy film jej namacalnym aspektem. Tym fragmentem rzeczywistości, który wyciągnęłam z magazynów zdobytych tam doświadczeń i którym chciałam się z Tobą podzielić. Nie po to, abyś odkrył obiektywną prawdę o Tanzanii- takowa w moim przekonaniu nie istnieje ale raczej moje osobiste spotkanie z nią. Tak więc choć odkryj ją ze mną! /